JAD


Jadwiga Czerniejewska – Wolska

(1907 – 1949)

Anioł opiekuńczy

Bezinteresowna, ofiarna, odważna. Elegancka, o niepośledniej urodzie, charakteryzująca się szczerością i otwartością wypowiedzi. Uhonorowana pośmiertnie w 1992 roku Medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”, przyznawanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie. Pracowała przez całą okupację niemiecką w Nowym Sączu
w Komitecie Opieki Społecznej, przemianowanym w 1941 roku na filię Rady Głównej Opiekuńczej (RGO). Kronikarz tamtych lat, wystrzegający się patetycznych określeń,
Józef Bieniek, napisał o niej :

Była tytanem miłosierdzia, uratowała życie tysiącom ludzi – Polakom i Żydom,
w oparciu o środki zdobywane wśród mieszkańców Nowego Sącza.

 

Jadwiga Czerniejewska urodziła się 22 kwietnia 1907 roku w Ryżawce, w powiecie Humań, w środkowej Ukrainie. W 1922 roku rodzice Jadwigi postanowili przeprowadzić się do Polski. Tutaj kontynuowała naukę w Państwowym Gimnazjum w Krzemieńcu, następnie ukończyła sławne Liceum Krzemienieckie. Egzamin dojrzałości złożyła w seminarium Nauczycielskim również w Krzemieńcu.

W młodości jej ulubionym zajęciem była jazda konna po równinnych stepach. Udzielała się w harcerstwie i kółku teatralnym, działała w Lidze Obrony Powietrznej
i Lidze Morskiej, organizowała kursy i wieczory literackie.

Wybrała zawód nauczycielki, pracowała w wiejskich szkołach w powiecie krasnostawskim, ucząc nie tylko czytać i pisać, ale także miłości do Polski, dyscypliny
i higieny osobistej. Tuż przed II wojną światową zamieszkała w Nowym Sączu, w domu przy ulicy Tatrzańskiej, wraz z poślubionym w katedrze lubelskiej w 1936 roku
mężem inż. Zygmuntem Wolskim, który pracował jako hydrotechnik
przy budowie zapory wodnej na Dunajcu w Rożnowie.

Podczas okupacji niemieckiej niosła pomoc potrzebującym.

Już pod koniec 1939 roku była jedną ze współorganizatorek
Polskiego Komitetu Pomocy – Oddział „Wysiedleni”.
Wiecznie zabiegana, od rana do wieczora, nie dbająca o bezpieczeństwo osobiste, notorycznie łamiąca zakaz chodzenia nocą po mieście. Pracowała bez przerwy,
bez odpoczynku, bez jedzenia. Mimo tego wyglądała jak okaz zdrowia i jakoś nikt nie dostrzegał rozwijającej się w niej śmiertelnej choroby płuc.

Ze wspomnień Stanisława Długopolskiego:
„Pamiętam pierwszy transport (w grudniu 1939 roku) wysiedlonych w tragicznych i jeszcze dla nas niezrozumiałych okolicznościach, kiedy z wagonów nieopalanych, zapełnionych bez możliwości siedzenia lub leżenia – wyjmowaliśmy chorych z gorączką ludzi. wtedy to Jaga, bez porozumienia się z kimkolwiek , poleciła obecnym na stacji Polakom przeniesienie chorych na kocach i płaszczach do szkoły przy ulicy Batorego.
Makabryczny, długi pochód (…)”

Wraz z sądecką malarką Marią Ritter, Agnieszką Wróblewską i adwokatem Włodzimierzem Racięskim pomagała z ramienia Rady Głównej Opiekuńczej sądeckim więźniom cierpiącym głód i chłód, chorym na szkorbut, ciężko pobitym podczas przesłuchań. Dla okupanta kobiety były mniej podejrzane, udawało im się przemycać nawet na oddział więźniów politycznych witaminy i lekarstwa.

Jaga nienawidząc Niemców cała duszą, potrafiła z nimi rozmawiać, nawet z pewną dozą kokieterii „paplała” nieporadną niemczyzną co niekiedy rozbrajało nawet zwyrodniałych gestapowców. Używając forteli, sprowadziła do Sącza i udzieliła noclegu w swoim domu dr Karolinie Lanckorońskiej z Centrali RGO, aby ta osobiście interweniowała
u szefa gestapo, osławionego kata Heinricha Hamanna w sprawie zniesienia zakazu dożywiania więźniów. Była mistrzynią konspiracyjnego kamuflażu. Do niektórych woreczków z mąką przypinała kolorowe nitki na znak, że w środku znajdują się listy,
a superważne grypsy umieszczała w gotowanych jajkach.

W bohaterski sposób niosła pomoc sądeckim Żydom w sądeckim getcie.
W sytuacji, gdy nie było możliwości wystąpienia do władz okupacyjnych o zezwolenie na dostarczenie żywności i lekarstw do getta, nowosądecka RGO posłużyła się podstępem alarmując, że wobec panującego w dystrykcie żydowskim brudu i głodu wybuchnie tam tyfus plamisty i czerwonka, a zaraza przejdzie na całe miasto. Z petycją Jaga sama poszła do Hamanna, u którego o dziwo uzyskała zgodę na dostarczenie medykamentów i jedzenia.

Był to czyn tak bohaterski, że każdy Polak musi przed nią uchylić czoła
– stwierdza Stanisław Długopolski.

Ze wspomnień Marii Styczyńskiej – Butscherowej – Długopolskiej:
Jaga nauczyła się mówić z hitlerowcami według ich mentalności. Kiedy Żydzi nie mieli opału na zimę w 1942 roku, Jaga wystarała się o parę wagonów węgla i zameldowała Niemcom,
że „posyła do getta trochę miału i kamieni – przecież dla sprawozdawczości Czerwonego Krzyża coś należy przekazać”. I tak dla sprawozdawczości musiała przekazać leki, które się „przeterminują”, żywność, która może ulec zepsuciu i odzież do której zakradły się mole.
Dla uniknięcia wszelkiej niejasności, dla osób, które chciałyby to źle odczytać pragnę wyjaśnić, że węgiel był dobry, żywność nie zepsuta, leki nie przeterminowane a odzież bez moli. Szukała pomocy gdzie się da, nawet u niemieckiego szefa wyżywienia.
Była Jaga aniołem, choć potrafiła ostro sprzeciwić się hitlerowcom, nawrzucać im za kołnierz, za co dwa razy trafiła na wiele tygodni do aresztu, maltretowana przez esesmana Georga Weisnera i komendanta więzienia Johana Bornholta,
który domagał się wydania osób organizujących pomoc Żydom.

- Powiem tak samo, jak były prezydent sądecki Roman Sichrawa –
„Wpiszcie na listę dziesięć razy moje nazwisko!”.

- Polacy lubią frazesy – krzyczał Weisner. Oprawca nie krył podziwu wobec Jagi.

Współpracowała ze Stefanią Stadnicką. Znany nowosądecki filolog profesor Eugeniusz Pawłowski osobistej interwencji „Jagi” zawdzięczał uwolnienie ciężko chorej żony od prac przy okopach.

Ze wspomnień Stanisława Długopolskiego:
Niezapomnianą zasługa Jagi i owocem jej serdecznej troski było zorganizowanie pod koniec 1943 roku Zakładu Chłopców w dawnym szpitalu żydowskim przy ulicy Kraszewskiego 37. Każdy, kto przeżył okupację, potrafi zrozumieć ile serca, ile zapału i sił wymagało prowadzenie takiego domu dla bezdomnych dzieci, wyekwipowanie go w odpowiednie urządzenia, zapewnienie środków żywności, odzieży, pokierowanie, oczywiści tajnym nauczaniem i wychowaniem. Pracowała ponad siły swego wątłego organizmu,
gasła jak dopalająca się świeca, zmarła na chorobę płuc 19 października 1949 roku w sanatorium w Otwocku. Przed zgonem powiedziała, że żyć jest warto wtedy, gdy się pracuje dla innych. Została pochowana na Powązkach. Swój młodzieńczy pamiętnik
i listy przekazała najbliższej przyjaciółce Ewie Fryś – Rużańskiej. Mąż przeżył wojnę, ale jako oficer Polskich Sił Zbrojnych nie powrócił do kraju w obawie przed represjami. Finansował jej leczenie, usiłował ściągnąć na klinikę do Szwajcarii, ale wyjazd uniemożliwił UB. Wspomina jej chrześniak Józef Dąbski.

W latach dziewięćdziesiątych Zespół Szkół Medycznych „Medyk” obecnie Szkoła Policealna Pracowników Służb Medycznych i Społecznych w Nowym Sączu, nadano imię Jadwigi Wolskiej, a w Kościele Kolejowym w Nowym Sączu odsłonięto poświęconą jej tablicę pamiątkową.
Jadwiga Wolska jest też patronką jednej z uliczek na Wólkach.

W Księdze Pamiątkowej Szkoły Medycznej z lat 1991/1992 pod datą 14.10.1992 widnieje wpis dotyczący nadania Szkole imienia Jadwigi Wolskiej.
Z tej okazji odbyła się uroczysta msza święta w kościele Św. Kazimierza,
następnie w Domu Kultury Kolejarza – Akademia poświęcona jej pamięci.

 

Przedstawiciel Izraela przyznając w 1992 roku Jadwidze Wolskiej pośmiertnie medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” przypomniał nauki judaizmu :
„Jeśli człowiek niszczy jedno życie to tak jakby niszczył cały świat. A jeśli człowiek ratuje jedno życie to jak gdyby uratował cały świat.” (Talmud Babiloński)

Jaga uratowała setki ludzi, a tych, którym ulżyła w cierpieniu, chorobie i niedoli należy liczyć w tysiące. Czyniła to bez jakiejkolwiek rekompensaty
ciągle ryzykując własnym życiem.

 

 

 

logo180 1

 bip

 

Design by TMOS

1071199
Your IP: 54.162.107.122
Server Time: 2017-09-26 11:01:47
Visitors Counter
Copyright 2014.